czwartek, 29 listopada 2012

moja pierwsza przygoda z perfumami

Od tygodnia próbuję wyleczyć się ze wstrętnego jęczmienia, który zrobił mi się na lewej powiece (wcześniej na górnej, obecnie tylko na dolnej). Głupek utrudnia mi normalne funkcjonowanie, widzenie, czytanie etc. Dzisiaj jest już trochę lepiej dlatego przygotowałam wpis. Trochę innego rodzaju, a mianowicie o perfumach.

Pracowałam jakiś czas w perfumerii i po jednej z pierwszych wypłat (i korzystając z pracowniczych zniżek) postanowiłam kupić perfumy. Moim pierwszym perfumem, który kupiłam za własne pieniądze jest Bvlgari Omnia Crystalline.



Może nie jest to mój najukochańszy zapach, ale zdecydowanie jestem zadowolona z zakupu. Uważam, że Omnia Crystalline jest świetnym wyborem dla dziewczyn i kobiet, które dopiero zaczynają przygodę z perfumami i nie są przyzwyczajone do intensywnych zapachów. Bo co innego gdy podoba nam się jakiś zapach kiedy go wąchamy przez chwilę, a co innego gdy mamy go czuć lub nosić na sobie kilka ładnych godzin. Dla mnie był i jest to odpowiedni zapach na oswojenie się z noszeniem perfum na sobie.

Omnia Crystalline to woda toaletowa, dlatego ma mniejsze stężenie olejków zapachowych niż np. woda toaletowa czy czyste perfumy. Ale nie oznacza to, że zapach nie jest trwały! Teoretycznie zapach wody toaletowej utrzymuje się przez ok. 3 godziny od aplikacji, ale wszystko zależy od tego jak zapach współpracuje z naszym pH skóry. Gdy aplikuję Bvlgari na nadgarstek wtedy oczywiście zapach czuję, natomiast zazwyczaj aplikuję perfumy na szyję lub za uszami i wtedy po kilkunastu minutach zapachu już nie czuję. Co nie oznacza, że inni go nie czują! Moja mama np. często mi mówi, że ładnie pachną mi włosy. A to po prostu kilkanaście (sic!) godzin wcześniej spryskałam szyję perfumami a że włosy się o nią ocierają, to „przesiąkły” zapachem. Ponoć jeśli my sami nie czujemy zapachu perfum, ale inni w naszym otoczeniu tak, oznacza to, że perfum pasuje do nas i naszej skóry idealnie. Lubię Omnia Crystalline, bo zapach jest świeży, delikatny, lekki, ale mimo to trwały i wyraźny.

Jeśli chodzi o piramidę zapachową przedstawia się ona następująco:
głowa (czyli to, co czujemy na początku): bambus
serce (czyli to, co czujemy mniej więcej po 45 minutach od aplikacji): lotos, gruszka
podstawa (czyli to, co jest najbardziej trwałe w perfumie i utrzymuje się najdłużej): balsa

Moimi innymi ulubionymi zapachami, które bardzo chciałabym mieć są: Armani Acqua di Gioia, DKNY Be delicious oraz Chanel Coco Mademoiselle (woda perfumowana, toaletowa pachnie inaczej i nie podoba mi się tak jak EDP).

A jakie są wasze ulubione zapachy? Używacie perfum codziennie, tylko na specjalne okazje, czy w ogóle nie?

sobota, 24 listopada 2012

Essence, 38. Choose Me! - lakier do paznokci

Dziś przedstawiam imprezowy kolor od Essence – 38 Choose Me!

Wybór z pewnością trafiony, bo kolor jest cudowny. Niebiesko-zielony mieniący się odcień w sam raz na zbliżający się powoli Sylwester. Co tu dużo pisać..., uwielbiam lakiery Essence. Mają naprawdę pięknie odcienie, ładne, eleganckie wykończenie, łatwo rozprowadzają się na płytce paznokcia i do tego szybko schną. Cena za buteleczkę też nie jest wygórowana, w granicach 7-9 złotych (kupowałam w Czechach za ok. 50 koron w Tesco). Nałożyłam trzy warstwy, bo po dwóch gdzieniegdzie jeszcze prześwitywał. Poniżej zdjęcia w różnym oświetleniu, kolor określiłabym jako ciemną morską zieleń z mnóstwem mieniących się drobinek.

Zdecydowanie lubię :)



poniedziałek, 19 listopada 2012

Avon, nailwear pro, vivid violet - recenzja

Dzisiaj krótka recenzja :) Przy okazji robienia przeglądu koszyczka z lakierami znalazłam piękny odcień z Avonu. Nie pamiętam abym go zamawiała – albo zrobiłam to w ubiegłym roku w okolicy świąt (kolor wydaje mi się taki gwiazdkowy) albo zrobiła to moja mama i porzuciła :) Jeśli lakier jest własnością mojej mamy, to sądząc po ilości zużycia, raczej jej nie przypadł do gustu. Mnie zresztą też.



Jedynym pozytywem lakieru jest przepiękny, elegancki kolor, ale... co z tego skoro prześwituje :( Niby taki ciemny, a jednak. Nałożyłam dwie warstwy i prześwity nadal były widoczne. Po trzech również. Czwartej warstwy już nie nakładałam, bo to moim zdaniem lekka przesada.



Może jeszcze kiedyś dam temu lakierowi szansę (data ważności – 24 miesiące od otwarcia) jeśli znajdę jakiś podobny odcień innej marki. Wtedy nowy lakier zastosuję jako bazę a ten Avonu na wierzch. Ale nie wiem, czy warto :(

Nie polecam, chyba, że komuś nie przeszkadzają 4 warstwy :) Jak dla mnie – nie. Szkoda, bo kolor naprawdę ładny, pasowałby na Święta.

środa, 14 listopada 2012

Tony Moly, pomarańczowy krem do rąk


Ahoj :)
Przedstawiam Wam pomarańczowy krem do rąk koreańskiej marki Tony Moly. Dostałam go od koleżanki w prezencie i jestem nim zachwycona. Spójrzcie tylko!




Czyż nie jest uroczy? Śliczne, słodkie opakowanie w kształcie pomarańczy jest bardzo poręczne. Małe, mieści się w dłoni i spokojnie można schować je w torebce bez obawy, że krem się wyleje lub coś nam potłuści. Opakowanie to dwie połówki pomarańczy, które zamyka się na tak zwany „twist”. Zawartość chroniona jest dodatkowym wieczkiem. Proste!


Sam krem ma pomarańczowy kolor i piękny, orzeźwiający (zadziwię Was) pomarańczowy zapach. Chociaż nie lubię intensywnych zapachów kremów czy balsamów, ten mi nie przeszkadza. Pachnie cytrusowo, ale nie jak płyn do mycia naczyń, czy jakiś inny środek czyszczący (jak to często z kremami o cytrusowych zapachach bywa), tylko jak prawdziwy owoc. Zapach jest przyjemny i naturalny do tego stopnia, że podczas wesela (na którym bawiłam się w weekend) dziewczyna kuzyna zapytała mnie, czy smarowałam dłonie bo tak ładnie pachnie tym moim kremem, a to koleżanka obok jadła właśnie pomarańczę :)

Krem szybko się wchłania i dobrze nawilża i odżywia dłonie bez przetłuszczania ich. Naprawdę lubię ten krem! Już niestety mi się kończy (zdjęcia zrobiłam miesiąc wcześniej) i jedynym minusem kosmetyku jest jego mała pojemność (30 g). Ale z drugiej strony gdyby był większy, nie byłby już taki poręczny :)



Koleżanka od której dostałam ten krem, Koreanka, powiedziała mi, że w Korei jest on bardzo popularny i prawie każda dziewczyna ma go w torebce. Nie dziwię się. Po co kolejny krem w normalnej, tradycyjnej tubce, kiedy można mieć dobry kosmetyk w oryginalnym i uroczym opakowaniu?

Polecam wypróbować ten krem. Jest też wersja brzoskwiniowa, przeciw starzeniu się skóry.
Według cen na ebay'u krem kosztuje kilka dolarów, także nie jest to wielki wydatek, a jeśli ktoś zamawia azjatyckie kosmetyki, to przy okazji można zamówić i krem. Jeśli nie dla siebie, to chociaż na prezent dla siostry, czy koleżanki. W końcu zbliżają się święta, a sądzę, że każdy będzie zadowolony z tego kremu :)


niedziela, 28 października 2012

kosmetyki, AA, Help Cera Atopowa, Krem - żel do mycia twarzy bezzapachowy - recenzja


Zdecydowanie najlepszy produkt z kupionej przeze mnie trójki od AA.





Po pierwsze bardzo dobrze myje i oczyszcza skórę, a przy tym jest bardzo delikatny. Lepiej jednak przed myciem wykonać demakijaż (mleczkiem czy płynem micelarnym – jak kto woli), bo produkt ten może sobie nie poradzić z jakimiś cięższymi „przypadkami” :) Ale, że ja nigdy nie zmywam makijażu samym żelem (mam codzienny mały rytuał oczyszczający) dlatego nie stanowi to dla mnie problemu. Poza tym, żel ten nie jest przeznaczony do demakijażu.
Żel ma delikatną, kremową konsystencję, nie pieni się. Absolutnie nie podrażnia, nie piecze ani nic z tych rzeczy! Więcej, łagodzi podrażnienia spowodowane innymi kosmetykami, makijażem czy trądzikiem, koi skórę i uspokaja ją.
Pachnie jedynie alatoniną i D-pantenolem – więc można powiedzieć, że jest bezzapachowy :) Ponadto, żel jest bardzo wydajny. Wystarczy odrobina aby umyć całą buzię i szyję.

Jest jeden minus. Żel mnie lekko wysusza (zwłaszcza na czole) i powoduje uczucie napiętej skóry – odczuwam to po kilkunastu minutach od mycia. Po kosmetyku przeznaczonym dla skóry atopowej spodziewałabym się większej delikatności i nawilżenia. Łagodna konsystencja jest niestety myląca. Samo mycie jest przyjemne, i choć po myciu skóra nie jest podrażniona, a wszelkie wcześniejsze podrażnienia i zaczerwienienia zostały złagodzone, to jednak skóra po jakimś czasie jest wysuszona. Teraz po myciu zawsze stosuję krem nawilżający i jest w porządku. Ani skóra nie jest ściągnięta ani sucha. Jednak bez kremu ani rusz.

Sądzę, że najlepiej pasowałby dla cery tłustej lub normalnej.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum, Cocamidopropyl Betaine, Ammonium Lauryl Sulfate, Glycerin, Acrylates Copolymer, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Acrylamide/Sodium Acrylate Copolymer, Trideceth-6, Borago Officinalis Seed Oil, Glycyrrhiza Glabra (Liquorice) Root Extract, Polyquaternium-43, Panthenol, Polyester-7, Neopentyl Glycol Diheptanoate, Arginine, Allantoin, Ethylhexylglycerin, Methylisothiazolinone, Phenoxyetanol, Butylene Glycol

Cena: ok 14 zł (Rossman)
Pojemność: 150 ml/5.1 fl.oz.
Termin ważności: 12 miesięcy

piątek, 26 października 2012

kosmetyki, AA, micelarny płyn do demakijażu oczu i twarzy, Ultra nawilżenie - recenzja


Ultra Nawilżanie, Micelarny płyn do demakijażu oczu i twarzy, 250 ml




Co tu dużo pisać, produkt spełnia swoje zadanie. Zmywa makijaż i nie powoduje pieczenia (poza oczami), ładnie oczyszcza skórę. Doskonale radzi sobie z tuszem do rzęs i cieniami do powiek. Ma przyjemny, delikatny zapach. Niestety, nie umiem odpowiedzieć na pytanie czy nawilża, chociaż zużyłam już całe opakowanie. Na pewno nie wysusza i nie powoduje uczucia napinania się skóry. A od nawilżania mam krem. Kosztował niewiele bo ok. 8 złotych (kupiłam go w promocji w Rossmanie, regularnie cena krąży ok. 15 złotych).

Szczypie w oczy, chociaż informacja na opakowaniu sugerowałaby co innego („micelarny płyn do demakijażu oczu i twarzy”). Może wynika to z tego, że płyn jest troszkę „cięższy” niż większość płynów micelarnych. Nie bardzo potrafię to wytłumaczyć, ale świadczyć o tym może fakt, że płyn pieni się po nasączeniu wacika (co samo w sobie nie uważam za minus). Ogólnie nie jest to jakiś wielki minus, jeśli jestem ostrożna i uważam aby płyn nie dostał się do oczu – nie odczuwam dyskomfortu. A jeśli zdarzy się, że trochę się do oczu dostanie – wystarczy kilka razy zamrugać i nieprzyjemne uczucie znika. Płyn nie podrażnia, tylko troszkę mnie piecze.
Drugim minusem jest dość duża dziurka, przez którą dozujemy płyn. Zbyt duża ilość płynu wylewa się na wacik, co nie jest potrzebne. Produkt nie jest zbyt wydajny, a szkoda. Do dobrego nasączenia wacika wystarczy niewielka ilość substancji.


(zdjęcie z wyszukiwarki google.com)


I chociaż proporcje minusów i plusów sugerują, że wystawię negatywną ocenę, wcale tak nie jest. Płyn micelarny może nie jest powalający, ale jest całkiem dobry. Za tę cenę nie mogę chcieć więcej. I raczej kupię go ponownie.

wtorek, 25 września 2012

kosmetyki, AA, krem na pierwsze zmarszczki 30+ - recenzja

Najwyższy czas powrócić na bloga. A najlepiej z nową recenzją!

Zdecydowałam się napisać kilka słów o kosmetykach firmy AA, które kupiłam całkiem niedawno korzystając z promocji w Rossmanie. Stosuję je od dawna choć nieregularnie, z początku podbierałam mamie :) Na kupno zdecydowałam się nie tylko ze względu na promocję i potrzeby nowego kremu, ale przede wszystkim dlatego, że produkty AA są antyalergiczne i przeznaczone dla skóry wrażliwej. Nie do końca się z tym zgadzam, a dlaczego - to za chwilkę.

Mój portfel padł ofiarą:
- Kremu na pierwsze zmarszczki na dzień (seria: Technologia wieku 30+ Energia Młodości)
- Micelarnego płynu do demakijażu oczu i twarzy (seria: Ultra Nawilżenie)
- Kremu-żelu do mycia twarzy (seria: Help, Cera Atopowa)

Dziś opiszę wady i zalety kremu 30+.

Krem na pierwsze zmarszczki na dzień. Nawilżanie - Elastyczność, 50 ml/1.7 fl.oz.

Krem ma za zadanie nawilżać i uelastyczniać skórę. Przeznaczony jest na dzień, dlatego oczekiwałam od niego dobrego wchłaniania i aby mógł stanowić bazę pod makijaż. Wielki napis "energia młodości" sprawił, że spodziewałam się także czegoś na kształt orzeźwienia i rozświetlenia - ot, tak dałam się nabrać reklamie.
Krem faktycznie nawilża skórę, ponadto jest lekki i delikatny, nie podrażnił mnie - a muszę przyznać, że kosmetyki, nawet te przeznaczone dla skóry wrażliwej, często mnie podrażniają lub wywołują zaczerwienienia. Plusem kremu jest też przyjemny zapach.

Nie wypowiem się na temat uelastycznienia skóry - nic takiego nie odczułam, ale stosuję krem dopiero od kilku dni. Sądzę, że na odczuwalny efekt poprawy elastyczności skóry trzeba poczekać tak do dwóch tygodni.

Krem wchłania się średnio. Przed nałożeniem podkładu muszę przemyć twarz tonikiem lub płynem micelarnym ponieważ na skórze pozostaje cienka warstwa kremu. Chyba, że ktoś nie lubi matowego wykończenia makijażu - wtedy nie ma problemu. W rezultacie krem stosuję na noc, lub gdy nigdzie nie wychodzę i nie nakładam makijażu.

Podsumowując: szału nie ma :( Trochę się zawiodłam, spodziewałam się czegoś lepszego. Może jeśli za tydzień odczuję efekty poprawy ujędrnienia skóry, wtedy będę zadowolona. Póki co, tego nie ma a stosowałam lepsze kremy nawilżające. Jednakże niewątpliwym plusem jest przyjemny zapach i brak podrażnień.


niedziela, 4 marca 2012

Lakiery, Essence, 34. Walk of fame&01. It’s purplicious – recenzja


Na pierwszy ogień idą lakiery ;) Kolory essence bardzo mi się podobają, już od jakiegoś czasu czytałam recenzje na innych blogach, postanowiłam więc zapolować na te lakiery i wypróbować.

Przetestowałam:
Essence colour&go – 34 walk of fame (5ml), ok. 30 koron (ok. 5,4 zł)
Essence nail art, special effect topper – 01 it’s purplicious (8ml), ok. 50 koron (ok. 9 zł)



Nałożyłam dwie warstwy walk of fame, zachwyciłam się kolorem – śliczny! Jednak jedna warstwa to stanowczo za mało – prześwituje. Lakier bardzo ładnie  i równomiernie się rozprowadza po całej płytce paznokcia, nie tworzą się żadne „grudki”, co ogromnie mi się podoba. Paznokieć można pomalować szybko, nie trzeba poprawiać nałożonej warstwy (bo np. w jednym miejscu zebrało się więcej lakieru). Essence colour&go ma za zadanie szybko schnąc i praktycznie tak się dzieje. Tylko jeden paznokieć spryskałam dla pewności przyspieszaczem (Avon, nail experts, spray przyspieszający wysychanie lakieru do paznokci), ale prawdopodobnie zbyt szybko nałożyłam drugą warstwę lakieru ;).
Kolor delikatnie się błyszczy, bardzo podoba mi się ten efekt. Kolor odrobinę ciemniejszy od barwy na nakrętce. Zdjęcia mało ostre, ale kolor widać dobrze.




Następnego dnia nałożyłam topper. Tutaj miałam trochę więcej problemów z nakładaniem. Większe flake’i albo nie nakładały się wcale, albo wszystkie w jednym miejscu. Musiałam więc się troszkę potrudzić, ale poszło to dość szybko. Na koniec nałożyłam jedną warstwę bezbarwnego lakieru (nie jest to koniecznie, ale potem po prostu łatwiej zmyć topper – nie przedziera wacika), no i powierzchnia paznokcia jest bardziej gładka (z samym topperem – lekko chropowata, czego ja osobiście nie lubię i zawsze mam ochotę zdrapać brokat). W tym celu użyłam lakieru Simple BEAUTY nail polish (odcień: 0).





Wydaje mi się, że topper najfajniej będzie wyglądał z czarnym albo ciemno fioletowym lakierem-bazą, ale to połączenie też mi się podoba. Najbardziej jednak do gustu przypadł mi sam odcień 34 walk of fame – taka kawa z mlekiem, elegancki, ciekawy odcień. Na pewno będę często go używać.

Ahoj!


Ahoj - czyli po czesku "cześć". Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem stworzenia bloga o kosmetykach. Lubię testować różne produkty, szukam tych najlepszych. Moja cera jest wrażliwa i wymagająca, nie każdy kosmetyk jej odpowiada, dlatego wypróbowałam już wiele różnych marek. Na co dzień studiuję i pracuję (w Czechach – zatem możecie się spodziewać różnych czeskich wstawek :)) a żadne z moich zajęć nie jest w profesjonalny sposób związane z urodą, makijażem czy stylizacją. Jestem po prostu normalną dziewczyną, która lubi dobrze wyglądać i chce mieć idealną cerę ;) Na blogu tym będę się z wami dzieliła spostrzeżeniami dotyczącymi używanych przeze mnie kosmetyków (kremów, produktów do makijażu, szamponów, odżywek, lakierów do paznokci etc.). Zapraszam!